Z wczorajszego dyżuru: 70-letni mężczyzna przywieziony do SOR przez ZRM po epizodzie drgawek. Nadużywający alkoholu, "obecnie już nie, tylko piwo". 2 dni temu z nie do końca wyjaśnionego powodu rodzina dostarczyła go do IP internistycznej innego, pobliskiego szpitala, gdzie po krótkiej ocenie stanu ogólnego i z przysłowiową morfologią wypisany do domu jako "nie posiadający choroby internistycznej" (cytat prawie dosłowny). Leczony na nadciśnienie- i jak wstecznie wywnioskowałam z wyników laboratoryjnych- przyjmuje jakiś antykoagulant (INR 4)- później rodzina potwierdziła - dokumentacji nadal brak. W SOR splątany, afazja, cały czas usiłuje wstać z łóżka, bez niedowładów. W TK głowy: krwiak śródmózgowy oraz przymózgowy - neurochirurg ocenił to jako następstwo zaburzeń krzepnięcia. Śladów urazu na głowie- poza świezym przygryzieniem wargi - chyba po porannym napadzie drgawek- nie ma. Neurolodzy- przyjąć. I tu zaczyna się moja właściwa opowieść. Pacjent wielokrotnie proszony o zgodę - z uporem odmawia, jest agresywny wobec córki i personelu SOR. Oświadcza, że wychodzi- chodzi sprawnie, więc bierze laskę i wychodzi. Zadzwoniłam na psychiatrię - tam koledzy wsparli mnie duchowo oraz numerem do tzw. sędziego rodzinnego. Dzwonię: sędzia odebrał, nakreśliłam sprawę. Sędzia: To po co pani do mnie dzwoni? Jeśli jest poczytalny- to nie możemy go zatrzymać ( z czym się zgodziłam). A jak jest nieprzytomny- to nie trzeba do mnie dzwoni...