Pożyczyłem sobie tytuł od noblisty, bo i sprawa warta przemyśleń. Było tak: jako koordynator (ten jeden anestezjolog, przez którego przechodzą decyzje kto kiedy i gdzie będzie operował, kto będzie znieczulał i tak dalej) stwierdziwszy, że jest mało roboty, zadzwoniłem do drugiego dyżurnego z poprzedniego dnia (akurat tak wyszło, że byłem naprawdę wcześnie w pracy) z wiadomością, że może zostać w domu. U nas system jest taki: jest pierwszy...
