Około miesiąca temu, po prawie 14 wspaniałych latach, odeszła moja ukochana suczka husky. Ostatnie dni jej życia (kiedy to nagle zachorowała tak bardzo "poważnie" ) przepłakałam leżąc przy niej. W ciągu swojego (jednak długiego) życia kilkukrotnie miała poważne problemy ze zdrowiem, a jednak udawało jej się z tego wygrzebać. Prawie do końca była żywotna i sprawna fizycznie, nikt nie chciał wierzyć, że to taki stary pies :) Łudziłam się,że będzie z tych długowiecznych psów, co to żyją po 20 lat, przecież zawsze jakoś się wymykała śmierci. Miała prawdopodobnie nowotwór wątroby,"posypała" się w tydzień. Byłam z nią tak zżyta, że swoją miłość do niej porównałabym do tej, jaką matka darzy dziecko ( no może podobnej ;) ) . Spędziłam z nią połowę swojego życia ( a tak naprawdę całe dorosłe życie - przeszła ze mną całe liceum, studia, staż i studia doktoranckie - zawsze czuwała przy mnie, kiedy się uczyłam po nocach) i nagle nie umiem się odnaleźć w rzeczywistości , w której nie ma mojej najwierniejszej przyjaciółki. Nie pozwoliłam mężowi wyrzucić jej smyczy - dalej wisi na swoim haczyku w przedpokoju, legowisko dalej zajmuje miejsce w naszym dużym pokoju. Często łapię się na tym, ze w supermarkecie chcę jej kupić smakołyki i wtedy dociera d...